Relacja z Brazylii

Relacja z wyjazdu do Joao Teixeira de Farias w Abadianii, Brazylia. Organizator wyjazdu ArsLibra i jej Szef Włodzimierz Osiński, człowiek ze wszech miar kompetentny, bardzo opiekuńczy i przyjazny, któremu należą się wielkie słowa uznania i podziękowania. Dzięki Niemu nie czuło się w ogóle, że jesteśmy hen daleko od swojego Kraju, na innej półkuli, innym kontynencie, w wielkim, dynamicznie rozwijającym się państwie, w którym jednak znajomość języków europejskich poza rodzimym portugalskim jest raczej skromna.

Abadiania, 12.10.2011; 2:00 czasu polskiego; 21:00 czasu lokalnego

Podróż była długa i z małymi przygodami. Z Warszawy do Londynu Heathrow wystartowaliśmy planowo o godz. 11:55 i poszło bez problemu, tyle, że dowiedzieliśmy się, że niestety bagaże będziemy musieli odbierać w każdym następnym miejscu lądowania. Heathrow okazało się ponadto na tyle gościnne, że musieliśmy czekać aż do godz. 21:15 na samolot do Rio de Janeiro. A od przylotu z Warszawy było tego ponad siedem godzin. W sumie jednak poradziliśmy sobie i czas szybko minął. Do Rio lecieliśmy samolotem A330 a ja miałem miejsce w środkowym pasie na środkowym fotelu, więc nienajlepsze. Ale i to dało się strawić. Grupa liczyła już w sumie 10 osób.

Po przylocie nad RIO okazało się, że samolot nie może wylądować, ponieważ była potężna ulewa i istniało zagrożenie bezpiecznego lądowania, więc skierowano nas na lotnisko zastępcze, ok 350 km dalej, tj. Belo Horisonte. Tam godzinę czekaliśmy na lotnisku w samolocie na decyzję, która w końcu zapadła i wyruszyliśmy z powrotem do Rio i tym razem udało się wylądować. Opóźnienia dotychczasowe spowodowały, ze nie zdążyliśmy na zabukowany samolot i musieliśmy wymieniać bilety na nowe, tym razem już w 12 osób. Z kolei samolot którym mieliśmy lecieć także był opóźniony. Okazało się jednak, że trochę spóźnienia nadrobił i w sumie wylecieliśmy z Rio do Brasilii /stolicy Brazylii/ z piętnastominutowym opóźnieniem i w Brasilii byliśmy o godz. 20:15, dnia następnego od startu, czyli po blisko 21 godzinach. Jeszcze tylko 1,5 godziny jazdy autobusem do Abadianii.

Z niezwykłą ulgą znaleźliśmy swoje hotele i po małym prysznicu zjawiliśmy się na obiad wegetariański /na temat kuchni postaram się napisać nieco więcej, po jej popróbowaniu/. Potem krótka odprawa nt programu dnia jutrzejszego i spacer do kliniki Jana od Boga. Okazuje się, że ten spacer to przewidziany procedurą Kliniki sposób na zapoznanie się z zasadami jej funkcjonowania. Chodzi bowiem o to aby od początku przestrzegać pewnych reguł postępowania, gdyż ilość klientów-gości jest tak duża, że niezbędny jest dobrze zorganizowany system /jak się dowiedzieliśmy klinika przyjmuje codziennie w każdą środę, czwartek i piątek od 500 do 1200 pacjentów-gości/. W trakcie spaceru po klinice obejrzeliśmy wszystkie podstawowe ogniwa systemu uzdrawiania przez Jana od Boga /bo w istocie jest to bardzo dobrze zorganizowany system/. Zgodnie z informacją z przewodnika dla gości mówiących językiem polskim Casa de Dom Inacio został założony przez Medium – Joao Teixeira de Farias, znanego na całym świecie jako John de Deus lub Jan od Boga, w Abadianii w 1979 r. w celu wykonywania duchowego leczenia. Jak twierdzą organizatorzy Casa jest religijnym centrum, jest Świątynią i duchowym szpitalem, w którym niezliczone duchowe jednostki /entities/ pomagają w leczeniach fizycznych, emocjonalnych i duchowych. Niezależnie jednak od religijnej wiary wszyscy są mile widziani w Casa de Dom Ignacio. W Casa stosuje się różne środki wspomagające duchowy proces leczenia. Są to: current/energia/, passiflora/zioła/, błogosławiona woda, magnetyczne przejście, duchowe przejście, duchowe interwencje, kryształowe łóżka, zupa, modlitwy.

W każdy wtorek o godz. 7:30 w Casa de Dom Inacio /w skrócie Casa/ prezentowany jest orientacyjny wykład dla nowych gości. Omawiane są regulaminy i zmiany w nich. W każdy dzień przewidziany na sesje wszyscy zbierają się o godz. 8:00 i 14:00. Każdy przygotowuje na karteczce spis swoich chorób/ problemów zdrowotnych/ w języku angielskim, następnie tłumacze miejscowi przekładają je na język portugalski i piszą je na nowych karteczkach, z którymi goście oczekują w kolejce na odpowiednie wezwanie. Wezwanie to następuje odpowiednio do linii: pierwsza, druga i inne. Wszędzie w obiektach Casa obowiązuje cisza. Nad procedurą poruszania się gości w obiektach /salach/ Casa czuwają jednostki /entities/ i to ona – jednostka /entity/ prowadzi proces terapeutyczny1. Prowadzący salę na dany znak wywołuje linię, która rozpoczyna swoją procedurę. Jeśli jesteś pierwszy raz w Casa i nie wysyłałeś tu swojego zdjęcia to linia pierwsza jest właśnie dla ciebie. W księgarni Casa pobierasz bezpłatny bilet i następnie oczekujesz na wezwanie tej linii. Mając swoją kartkę z tłumaczonymi chorobami /pytaniami/ przesuwasz sie z kolejką i stajesz przed Medium /Jan od Boga/. Tu dowiadujesz się , w ciągu osobistego dwusekundowego spotkania, jaki dla Ciebie został wyznaczony plan: możesz otrzymać już dyspozycję :czas na interwencję, uzupełnienie ziołowe, zlecenie do zasiadania w current /operacja energetyczna/, lub połączenie kilku dyspozycji.

Następnie jest linia drugiej wizyty. Jest ona dla tych, którzy byli już przed jednostką/Medium/, ale nadal mają pytania /inne choroby – w jednym podejściu do Medium nie należy podawać więcej niż trzy problemy/. Jeśli chcesz być w tej linii, także pobierasz bilet w księgarni /dla drugiej linii/ i oczekujesz na wezwanie tej linii. Czasami Medium zaleca „przyjdź po południu”, „wróć jutro rano”. Oznacza to, że podmiot /entity/ który jest obecnie włączony w Medium, nie jest tym który może pomóc, w innym czasie obecne będą inne jednostki, które mogą pomóc. Są to linie 8-mej i 14-tej godziny i one nie wymagają biletów. Na ósmy dzień po interwencji należy przyjść do linii weryfikacji, pobierając odpowiedni bilet w księgarni. Celem tej linii jest przeprowadzenie rewizji po interwencji i sprawdzenie dalszych wymagań w celu uzupełnienia tej interwencji.

1 Dla wyjaśnienia należy podać, iż według zasad spirytystycznych funkcjonujących w Casa De Dom Inacio pojęciem jednostki/entities określa się duchy, które tam pracują. Joao de Deus jest najsilniejszym trans medium, żyjącym w Brazylii i prawdopodobnie na świecie. Gdy zwracamy się w formie: „The Medium” to zwracamy sie do Joao, jeśli zaś zwracamy sie „The entity” to zwracamy sie do jednostki/ducha jaki wcielił się w Joao podczas sesji. Joao zdolny jest włączać wiele różnych podmiotów/duchów, np. Ignacy Loyola, Król Salomon, Francisco Xavier, Dr Augusto de Almeida, Jose Valdivino czy Oswaldo Cruz. Wcielone duchy „przedstawiają się” stąd ustalono ponad trzydzieści postaci z historii, które występują w tym procesie z Joao de Teixeira de Farias. Powyższe reguły są jedynie bardzo ogólnym wyjaśnieniem, jeśli ktoś chciałby bardziej szczegółowo poznać zasady spirytyzmu należałoby skorzystać z literatury fachowej w tym zakresie.

Abadiania, 13.10.2011; 22:47 czasu miejscowego

Już po pierwszej operacji energetycznej /czy według słownictwa Casa –po interwencji/. Dyspozycje po tej operacji są bardzo konkretne: przez minimum 24 godziny sen i dużo wody do picia, posiłki możliwe, ale w odosobnieniu i wyciszeniu, żadnego wysiłku fizycznego, zakaz seksu przez 40 dni, specjalna dieta bez wieprzowiny, pieprzu, papryki i w ogóle ostrych przypraw oraz bez alkoholu.

Nie było większych trudności z przestrzeganiem tych zaleceń, zwłaszcza, że wyraźnie dawało o sobie znać jeszcze zmęczenie podróżą i zmianą czasu. Na trzeci dzień linia druga. Oznacza to, że można wpisać na kartce nowe trzy choroby czy problemy zdrowotne lub – w razie ich braku- wpisujemy pytanie: „co dalej?” i z tym idziemy ponownie do Medium/Joao. Ponownie stajemy w długiej kolejce i oczekujemy na wezwanie drugiej linii, co nastąpi po przyjęciu pierwszej linii. Ale jak zawsze na początku każdej sesji wypowiedzi pomocników na temat regulaminu a następnie wychodzi Joao i sam prezentuje swoją wypowiedź, okraszoną różnymi humorystycznymi wstawkami, kwitowane śmiechem i oklaskami obecnych. Niestety nie wszystko dało się zrozumieć bo mówił oczywiście po portugalsku. Także w tej części przygotowawczej prowadzone były modlitwy, ale również w języku portugalskim. Ta część z reguły trwa około godziny i następnie Joao wybiera kilka osób do operacji fizycznej, które przeprowadza na oczach wszystkich obecnych, a ponadto przebieg operacji jest pokazywany na telebimie na ścianie bocznej tej otwartej sali.

Trzeba przyznać, że operacje te są momentami bardzo szokujące. Najpierw Medium wybiera miejsce na ciele pacjenta – najczęściej są to okolice brzucha, piersi i oczu, rąk, szyi. Operacja przebiega w ten sposób, że Medium robi próbne nacięcie a następnie właściwe cięcie w wybranym miejscu, potem często wkłada palce w ranę i coś stamtąd wyciąga i następnie zaszywa ranę trzema-czterema szwami. Operowanego asystenci Medium wywożą na wózku do sali pooperacyjnej. Operowany nie otrzymuje żadnych środków znieczulających ale można odnieść wrażenie, że jest w stanie bardzo głębokiej medytacji, ponadto nie reaguje w widoczny sposób na cięcia na swoim ciele. Po zakończeniu operacji Medium/jednostka przechodzi do kolejnej sali , i siada na swoim fotelu; wówczas wywoływana jest pierwsza linia i kolejno wszyscy z niej podchodzą do Medium. Asystent odbiera kartki z chorobami napisanymi po portugalsku i czyta je Medium, a Medium wówczas wydaje dyspozycje co do sposobu prowadzenia terapii. W drugiej linii ustawiło się kilkaset osób i bardzo powoli przesuwaliśmy się do przodu ponieważ kilkanaście osób wprowadzano poza kolejnością z uwagi na ich bardzo poważny stan. Po jakichś trzydziestu minutach kolejka drugiej linii ruszyła szybciej i dotarliśmy przed Medium. Tym razem, w przypadku większości osób, decyzja była podobna – operacja energetyczna. Kilka osób otrzymało łóżko krystaliczne. Po decyzji – wyjście na zewnątrz obiektu i udanie się w kolejkę po zupę. Należy ona do środków energetycznych stosowanych w Casa i jej konsumpcja jest trwałym elementem rytuału terapeutycznego. Po zupie zalecane są kontemplacje i zwykłe medytacje w ogrodzie Casy, gdzie do tego celu przygotowano odpowiednie miejsca.

Potem wracamy do hotelu, którym jest Pousada Martins na obiad, zwykle jest ok. 12:00 i po krótkim odpoczynku idziemy na sesję popołudniową w celu uczestnictwa w operacji energetycznej – interwencji /hotel od kliniki dzieli odległość ok 1 km/. W kolejce ustawiają się wszyscy, którzy otrzymali decyzję o currenty a pomocnicy stopniowo usadzają wszystkich w odpowiednich miejscach w salach, połączonych ze sobą w ten sposób, że wejście do następnej jest wyjściem z poprzedniej. Po usadzeniu, jednostki prowadzą modlitwy, ale ich treści nie znamy2, więc tylko przysłuchujemy się i za chwilę pada informacja o konieczności zamknięcia oczu i przy bardzo delikatnej muzyce następuje operacja, która trwa ok dwudziestu minut. Po operacji każdy otrzymuje receptę na zioła i po krótkim wypoczynku w ogrodzie udaje się do apteki na miejscu aby je wykupić /średnio 60 reali/. Po każdej operacji energetycznej postępowanie jest takie samo. Po operacji nie wolno iść pieszo lecz trzeba obowiązkowo wziąć taksówkę /już czekają/ i tak jechać do swego hotelu. Koszt na jednego z reguły 2 reale , więc niewielki. Po każdej operacji pierwsze 24 godziny to czas na całkowite wyciszenie i spanie lub chociaż leżenie jeśli ktoś nie może spać. Okres ten po drugiej linii skończył się naszej grupie na ogół w sobotę o godz. 16:00, więc od tej chwili mogliśmy zająć się jakimiś innymi zajęciami, byle nie obciążać organizmu. W takim układzie postanowiliśmy udać się w niedzielę na wycieczkę do Brasilii – stolicy Brazylii.

2 Na tle kwestii językowej należy sie pewne wyjaśnienie. Jak informują prowadzący, fakt, że nie rozumiemy niektórych kwestii omawianych w języku portugalskim, nie ma w istocie większego wpływu na sam proces leczniczy, ponieważ to jednostki leczą, a dla nich nie stanowi to żadnego problemu, gdyż one wiedzą dokładnie co i jak dla danej osoby mają wykonywać czy zalecać.

Abadiania, 16.10.2011; 21:46 czasu lokalnego

Już po wycieczce, bardzo ciekawej zresztą, mimo nieciekawej pogody, bowiem od trzech dni codziennie pada i są burze. Jazda autobusem z Abadianii do Brasilii zajmuje ok. półtorej godziny. Najpierw zwiedziliśmy dwa bardzo ciekawe architektonicznie kościoły, następnie udaliśmy się na Plac Republiki, położony w dużej dzielnicy urzędowej, gdzie mieszczą się wszystkie ministerstwa, rząd, Parlament itp. W podziemiu pod placem znajduje się makieta planu stolicy i opisy historii jej powstania.

Tu należy się więc kilka słów historii. Ponieważ był w swoim czasie problem w jakim mieście urządzić stolicę Brazylii /w Rio de Janeiro czy w Sao Paolo/ rozważano decyzję by wybudować ją od podstaw w zupełnie innym miejscu, bliżej centrum państwa. Zapadła więc w końcu decyzja by wybudować nową stolicę i budowę rozpoczęto w 1956r. a w 1960 w nowej stolicy rozpoczął urzędowanie Prezydent Kubitschek. Warto podkreślić, że stolicę zaplanowano w kształcie ptaka w locie i konsekwentnie tak ją wybudowano. Z Placu Republiki pojechaliśmy do niezwykle interesującego obiektu jakim okazała się Świątynia Dobrej Woli wybudowana przez organizację Legion Dobrej Woli i otwarta 21 października 1989 r. W 1994r. otwarto połączony obiekt Parlamentu Ekumenicznego, zawierający również skrzydło studenckie ze wszystkim warunkami niezbędnymi do nauki i pracy naukowej i różnych duchowych praktyk. W całości jest to obiekt służący idei ekumenizmu i w jednakowym stopniu mogą tam przebywać, modlić się , zwiedzać wszyscy bez względu na wiarę i zapatrywania, łącznie z ateistami i materialistami. Obiekt jest złożony z wielu sal. Zaczyna się jednak zawsze jego zwiedzanie od nawy. Jest ona wyłożona granitowymi płytami dwóch kolorów ułożonych w formie spirali. Wchodząc do tej nawy odwiedzający idzie najpierw po spirali z ciemnego kamienia dochodząc do strzałki symbolizującej trudną drogę człowieka w poszukiwaniu równowagi życiowej. W samym centrum piramidy /w kształcie której zbudowana jest Świątynia Dobrej Woli/, pod kryształowym monolitem, znajduje się koło z brązu symbolizujące Świat, spotkanie z którym oznacza początek nowego życia. Odchodząca od niego spirala z jasnych kamieni symbolizuje życiową drogę, iluminowaną moralnymi i duchowymi wartościami zdobywanymi przez człowieka i prowadzi do Tronu i Altaru Boga, gdzie człowiek otrzymuje Jego Błogosławieństwo. Obok Tronu i Altaru przygotowano miejsce , w którym odwiedzający mogą złożyć swoje podziękowanie Bogu oraz dodatkowe prośby. Kryształowy monolit umieszczony na samym wierzchu piramidy jest największym monolitowym kryształem na świecie. W tym bezwarunkowym ekumenizmie kryształ symbolizuje Boga łączącego wszystkich ludzi. Zgodnie z założeniem on oczyszcza otoczenie i katalizuje energię wchodzących do Świątyni ludzi. Opisywany obiekt zawiera wiele jeszcze innych ciekawych i o ważnym przesłaniu elementów całego projektu, dlatego ich dokładniejsze opisanie wymaga oddzielnej notki. Następnie pojechaliśmy do wieży telewizyjnej , ale padający deszcz uniemożliwił nam wejście tam by podziwiać widoki z wysokości kilkunastu pięter. Obok wieży nie było też zwyczajowo rozłożonego tam segmentu bazarowego. Rzuciliśmy więc jedynie okiem na działającą opodal bardzo ciekawą i pomysłową fontannę, zmieniającą się w rytm granej muzyki. Potem wyruszyliśmy w drogę powrotną i ok godz. 17:00 byliśmy na miejscu, w swoich pokojach by przygotować się do kolacji zaplanowanej dzisiaj w pizzerii pewnej Włoszki, której pomaga nasz rodak.

Abadiania, 17.10.2011; 11:33 czasu lokalnego

Godzinę temu skorzystałem z kolejnego środka terapeutycznego Casa tj. łóżka krystalicznego. Jeden zabieg trwa 20 min, ale można też wziąć dwa za jednym podejściem, co też uczyniłem. Polega on na działaniu kolorowym światłem, na czakry leżącego klienta, odpowiednim do koloru właściwego dla danej czakry. Zabiegowi towarzyszy bardzo subtelna, przyjemna muzyka, więc czas płynie tu bardzo szybko. Po zabiegu konieczny jest półgodzinny relaks w ogrodzie Casy, na tarasie widokowym. Potem powrót do hotelu. Hotel to może zbyt wielkie słowo dla większości obiektów podobnego typu tutaj. Rodzima nazwa to Pousada. Standard tych obiektów jest zapewne w części wynikiem warunków klimatycznych. W sumie najważniejsze, że w pokoju jest łazienka i nawet ciepła woda pod prysznicem. Oczywiście są także obiekty zbliżone do średnich standardów europejskich ale w nich także cena jest znacznie wyższa. Zatem po powrocie do hotelu przebranie się w „cywilne” ciuchy i trochę czasu wolnego na kontakt ze światem poprzez Internet. Jest tutaj kilka punktów usługowych z Internetem i w niektórych nawet dość szybkim. Cena jednej godziny 2,5 reala. Oczywiście trzeba przyzwyczaić się do miejscowego rytmu życia, co niekoniecznie musi być bardzo proste, ale to tylko kwestia określonej wiedzy w odpowiednim czasie. Wspomniałem wcześniej o „cywilnych” ciuchach. Jest tu zasada, że do Casy, na sesje, zabiegi i operacje idzie się w ubraniu na biało i trzeba przyznać, że ta reguła jest przestrzegana, co widać po sunących kilka razy dziennie w stronę Casa licznych grupach ubranych na biało osób. Potem można oczywiście zmienić to ubranie, aby dłużej zachowało czystość i świeżość.

Abadiania, 17.10.2011; 17:10 czasu lokalnego

Oczekiwanie na kolację. Układ posiłków jest taki: śniadanie – godz. 7:00, obiad – 12,00 i kolacja – 18,00. Po obiedzie dzisiaj mieliśmy jedno z ważniejszych przedsięwzięć terapeutyczno-duchowych całej wyprawy tj. przejście do wodospadu w tym: informacja podstawowa dla grupy na temat przebiegu tego przedsięwzięcia, następnie cichy marsz, potem medytacja wstępna przy drzewie granicznym, ostatnia część marszu, trzykrotna kąpiel w wodospadzie z medytacją indywidualną, powrót. Droga do wodospadu wiedzie z Casy pagórkowatym terenem, zresztą cały teren w otoczeniu ponad stu kilometrów ma taki sam pagórkowaty krajobraz z kępami lasu i bądź terenów bezleśnych ale z „porozrzucanymi” drzewami owocowymi. Z rzadka wzdłuż całej trasy z Brasilii pojawiają się jakieś pojedyncze budynki, a jeszcze rzadziej jakieś ich niewielkie grupki. Przy samej autostradzie są oczywiście co jakiś czas niewielkie miasteczka, czy osady lub tylko usługi gastronomiczne i mechaniczne. Wracając jednak od tej dygresji do właściwego tematu trzeba powiedzieć, że ten krajobraz wokół Casy jest bardzo piękny, ma swoisty urok, przepełniony spokojem i dostojeństwem i zawsze towarzyszy nam wrażenie, że dzieje się wokół coś nadzwyczajnego, jakby ktoś niewidoczny z sympatią i zainteresowaniem przyglądał się każdemu z nas, napawając nas spokojem, satysfakcją, pogodą ducha. Barwna droga z Casy, gruntowo – skalisto – kamienista jest kręta i cały czas do wodospadu schodzi w dół, z wyjątkiem jednego miejsca, w którym nieco się podnosi. Kolorystyka drogi jest głównie czerwono-brązowa od koloru skał podłoża. Słońce , po raz pierwszy od kilku dni praży – jak powinno w tej części świata – i właściwie nie ma nawet jak się od niego ochronić, choć i za wielkiej ochoty ku temu nie było, bo wszyscy mieli raczej dość już deszczu i wilgoci. Po ok. kilometrze takiej drogi dochodzimy do sporej równiny , która stanowi początek ostatniej części drogi do wodospadu, i do której możliwe jest jeszcze dojechanie taksówką, zwłaszcza dla osób którym trudno poruszać się po takim terenie z uwagi na ich poważne dolegliwości. Jest tu coś w rodzaju postoju taksówek i miejsca pod dachem dla oczekujących na swoja kolejkę bądź chroniących się przed deszczem. Pod drzewem stojącym na tej granicy odbywamy medytację oddechową służącą uregulowaniu przepływu energetycznego i wpisaniu się w przepływ energii kosmicznej, ze środka ziemi do kosmosu i z powrotem, poprzez nasze ciała.

Zaczynamy końcowy marsz, ale tu już chodnikiem betonowym bo spadek jest większy i dróżka węższa z poręczami. Dochodzimy do bramki wejściowej na teren wodospadu i tu rozdzielamy się na dwie grupy. Panie idą w pierwszej grupie, Panowie pójdą w drugiej, po powrocie Pań. Kilkanaście metrów dalej „polowa rozbieralnia”/do strojów kąpielowych/. Panie weszły na ostatni odcinek. Tam każdy musi poprosić stojące tam, przy pierwszym mostku, drzewo /ducha tego drzewa/ o pozwolenie wejścia na teren wodospadu. Po uzyskaniu pozwolenia, każdy indywidualnie, po przejściu następnych dwóch mostków , już na poziomie wodospadu, wchodzi na kamienne podłoże z wielkich głazów, stanowiących dno niewielkiego wąwozu. Wchodząc pod wodospad najpierw należy zwilżyć ciało aby nie doznać szoku termicznego. Pod wodospadem nasza medytacja polega na trzykrotnym poproszeniu duchów wodospadu o konkretne rzeczy, tj. pierwsze – o oczyszczenie naszej/mojej przeszłości i zanurzenie się pod spływający wodospad, pozostając tam przynajmniej kilkanaście sekund, co jest dość trudną sztuką; drugie – o oczyszczenie naszej/mojej teraźniejszości i ponowne zanurzenie i trzecie – o naszą/moją przyszłość i ostatnie zanurzenie. Po wykonaniu tej procedury składamy duchom wodospadu podziękowanie za wysłuchanie naszych próśb i powoli, w ciszy i skupieniu wracamy do ławki z ubraniami, aby przebrać się i rozpocząć marsz powrotny. Tu jednak należy się czytelnikowi informacja o samym kontakcie z wodospadem. Nie bez podstawy trzeba dokonać wstępnego oswojenia się z wodą. Jej temperatura jest tak niska, że niemal wypycha człowieka spod strumienia żywej wody. Ale jednocześnie drzemiąca w tej wodzie energia życia jakby kusi człowieka, mówiąc: nie bądź taki słaby – zostań jeszcze. I będąc w takich nożycach kołyszesz sie pod silnym strumieniem niezwykle orzeźwiającej wody, której każda kropla dodaje Ci sił i energii. Jak tylko uwolnisz się spod potęgi strumienia, natychmiast chcesz pod niego wracać i gdyby nie fakt, że trzeba ustąpić miejsca innym oczekującym kołysałbyś się w tej huśtawce energii i temperatury do utraty tchu i poczucia rzeczywistości… Po przyjściu do Casa półgodzinny relaks na tarasie kliniki i powrót do hotelu.

Abadiania, 18.10.2011; 20:30 czasu lokalnego

Po kolacji. Trochę czasu na opisanie kolejnych przeżyć i wydarzeń. Dzisiejszy dzień rozpocząłem wpisaniem się na kolejną sesję „Banho de cristal”, czyli łóżka krystalicznego. Wypadło na jutro rano na godz. 7:50. Potem załatwienie różnych drobnych spraw organizacyjnych i powrót do hotelu. Na dzisiaj wypadło sprzątanie pokoju i wymiana pościeli itp. W zasadzie asystowałem przy sprzątaniu, z drobną kurtuazyjną pomocą żonie właściciela pousady. Sprzątanie zakończono przed obiadem. Na „po obiedzie” zaplanowano na dzień dzisiejszy kolejne wyjście na wodospad. Trzeba korzystać z możliwości czasowych ponieważ jutro znowu zaczyna się trzydniowa sesja z Medium i może nie być czasu na wszystkie czynności uzupełniające a poza tym trudno jest skoordynować udział całej grupki w tych samych zajęciach z uwagi na różne zabiegi poszczególnych osób i różny czas ich przebiegu. Na dzisiejszy wodospad może pójść tylko 8 osób z naszej grupki. Ruszamy więc na trasę do wodospadu przy pochmurnej dzisiaj pogodzie, zwiastującej rychły deszczyk. Ponieważ mamy już za sobą pierwsze spotkanie z wodospadem więc, wszystko szło sprawniej do momentu wejścia pod wodospad. W kolejce przed nami pierwszy był mężczyzna a za nim kobiety, więc po wyjściu spod wodospadu kobiet, które tam były, mężczyźni z naszej grupki dołączyli do oczekującego Pana i poszliśmy w pierwszej kolejności. Wrażenia spod samego wodospadu były znowu niezwykłe, choć można było zauważyć większy nieco „opór” przed pierwszym zetknięciem się z wodą, ponieważ umysł/świadomość/podświadomość zapamiętały reakcję ciała na spływający po ciele strumień i jakby chciały je uchronić przed jej powtarzaniem. Ale znowu zadziałała magia wodospadu i jeśli choć na chwilę zapomnisz o przeszywającym do szpiku ostrym i zimnym strumieniu, to otwierała się cała gama odczuć o niespotykanych na co dzień skalach najróżniejszych wrażeń, przenikających już nie tylko ciało ale także i ducha. Powstawało wrażenie rozpadania się na miliony cząstek, z których każda była oddzielnym bytem ogarniętym falą ciepła , miłości, błogości, spokoju, nadziei. Suma tych wszystkich bytów dawała wprost nieograniczoną ilość opisanych doznań. Każda myśl zdawała się podsuwać sugestię: płyń razem z tą wodą, zostań na zawsze tą energią… Powoli wracasz do rzeczywistości, bo znowu trzeba dać szansę przeżywania wodospadu na swój sposób innym osobom. Powrotną drogę do Casa zakłócił nam trochę deszczyk, ale w końcu dotarliśmy na miejsce. Tutaj już każdy próbował jakoś utrwalić te niesamowite wrażenia z wodospadu, kontemplując, medytując, relaksując się czy konsumując to ożywcze działanie wodospadu.

Przy kolacji rozmowa na temat kolejnego ważnego wydarzenia, do którego należy starannie się przygotować. Według tekstu przewodnika jest to tak zwana rewizja. To oznacza, że w siódmą noc po interwencji /czyli operacji energetycznej/ należy pójść do łóżka ubranym na biało, nie później niż po północy i nie wstawać wcześniej niż przed piątą rano. Przed pójściem do łóżka postaw obok szklankę błogosławionej wody, poproś Dom Inacio de Loyola o usunięcie wszelkich duchowych szwów i o uzupełnienie twojej interwencji. Rano, kiedy się obudzisz, zmów modlitwę /złóż prośbę/, wypij wodę i następnego dnia pójdź do linii interwencji /czyli będzie to druga linia/. Ponieważ jutro o 7:50 mam bad crystal więc będę musiał szybko się zwijać aby zdążyć do drugiej linii z nowym zapytaniem do Medium.

Abadiania, 20.10.2011; 14:36 czasu lokalnego

Zdjęcie szwów nad ranem ubiegłego dnia przeszło bez problemów. Może w nocy było trochę więcej różnych snów z dużą ilością wydarzeń. Potem rozpoczęła się już normalna procedura dnia, w którym Medium przyjmuje wszystkich przybyłych. Po szybkim śniadaniu wyjście do zabiegu z kryształowym łóżkiem, zaraz potem kolejka do linii interwencji / realizowanej w ramach rewizji/. Tym razem linia interwencji została przez Medium wywołana dość szybko, więc długo nie czekaliśmy. Bardzo różne były decyzje Medium,/entity/jednostki dla poszczególnych osób, natomiast ja, wraz z trzema innymi osobami, otrzymałem operację energetyczną na popołudnie tego dnia. To już trzecia moja operacja /po której zdjęcie szwów będę przeprowadzał już w domu/. Po spotkaniu z Medium – jak zawsze – krótki, kilkuminutowy pobyt w pokoju currenty i na znak pomocników można opuścić pokój i udać się w kolejkę po zupę energetyczną, która zawsze jest wydawana od godz. 10:00. Po konsumpcji zupy można załatwić niezbędne sprawy, aby do rozpoczęcia operacji być przygotowanym, ponieważ później jest okres wyciszenia i odpoczynku i praktycznie nic nie można robić poza podstawowymi czynnościami życiowymi. Po obiedzie przygotowanie do operacji. Ze względu na dużą liczbę gości tym razem operację przyjąłem na stojąco, co nie było łatwe z uwagi na temperaturę i warunki. Mimo nieustannie pracujących wielkich wentylatorów momentami było dość duszno a ponadto ciasno. Nie wpływało to jednak na jakość operacji. Jak zwykle trwała ona ok 20 min i na znak prowadzących powoli zaczęliśmy opuszczać pokoje currenty, w których operacje odbywają się. Potem zakup ziół zaleconych przez Medium i błogosławionej wody oraz wyjazd taksówką do hotelu na co najmniej 24-godzinny odpoczynek… Zakończył się minimalny czas pooperacyjnego odpoczynku można więc zająć się innymi zaplanowanymi zajęciami. Powoli zbliża się koniec pobytu w niezwykle gościnnej Casa i czas pomyśleć o jakichś drobnych upominkach i pamiątkach /wyjazd za cztery dni/. Najpopularniejsze upominki stąd to kamienie, które sprzedaje tu kilkanaście, a może i kilkadziesiąt sklepików. Kamienie w najróżniejszej postaci: surowej , częściowo obrobionej, przetworzone w różne wyroby biżuteryjne. Najliczniejsze są oczywiście kryształy ale jest także cała gama innych. Najmniejsze kamienie wielkości przeciętnej truskawki kosztują 1 reala, mniejsze na ogół sprzedaje się w wyrobach. Jest także wiele bardzo różnorodnych naszyjników, bransoletek itp. wyrobów z drobnych szlifowanych kamieni w cenach przeciętnie od 10 do 40 reali. Naszyjniki są także sprzedawane przez miejscowych Indian /chyba jednak do tego miejsca przybyłych z innych terenów Brazylii/ i są one wykonywane z przeróżnych naturalnych owoców, jagód itp. odpowiednio zasuszonych i spreparowanych, a także z różnych gatunków drewna i elementów roślin. Na drodze z hotelu do Casa licznie reprezentowane są także sklepiki z białą odzieżą damską i męską nie ma więc kłopotów z zaopatrzeniem się w „obowiązujący strój”. Przeciętnie męskie długie spodnie białe bawełniane kosztują w granicach 30 reali /trzeba liczyć real razy dwa i otrzymamy cenę w złotych/, koszulka z krótkim rękawem i prostym zapięciem pod szyją ok. 20 reali, spodnie krótkie 25 reali. Ogólnie można powiedzieć, że ceny są dość wysokie, ale w takich sklepikach można się targować i zawsze uzyska się jakiś upust ceny. Na tej drodze są też bary i restauracje i można coś przekąsić i wypić sok lub kawę. Np. kanapka z indykiem kosztuje 6,50 reala, sok wieloowocowy 6-7 reali, kawałek ciasta 6 reali, małe cappucino 3,50 reala. Duża pizza w pizzerii prowadzonej przez Włoszkę kosztuje 35 reali. Półlitrowa woda niegazowana kosztuje 1 reala, półtoralitrowa 3reale, pięciolitrowa – 7,5 reala. W tym rejonie nie spotyka się upominków związanych z piłką nożną, choćby koszulek, co wydawać się może nieco dziwne, jeśli stwierdzimy, że jesteśmy w kraju, który jest symbolem tego sportu. Ale widać w tym miejscu najważniejsza jest Klinika Joao de Teixeira de Farias i większość usług związana jest z obsługą jej gości. Ze względu na zbliżający się koniec naszego pobytu trzeba jeszcze zastanowić się jak najlepiej wykorzystać ten czas mając też na uwadze, że jutro jest ostatni dzień przed wyjazdem, w którym można spotkać się z Joao. Potrzebny jest więc bilans dotychczasowych spotkań i zabiegów i postanowienie co dalej. Jest to tym bardziej zasadne, że w czasie nieobecności Medium można korzystać z innych stosowanych tu środków, np. kryształowe łóżka, błogosławiona woda, wodospad, trójkąt modlitwy a Casa jest czynna we wszystkie dni tygodnia i entities działają tu przez cały czas. Dodać przy tym trzeba, że Abadiania położona jest na terenie bogatym w złoża kryształu i innych kamieni szlachetnych więc energetyka tego terenu jest niezwykle silna. Dzisiejszej nocy będę miał proces zdjęcia szwów i uzupełnienia interwencji z drugiej operacji, co zakończy się jutro rano. Natomiast wszystko wskazuje, że jutro odbędę kilkugodzinną medytację w current w sesji porannej, a w sesji popołudniowej będzie pożegnanie z Joao.

Abadiania, 22.10.2011; 3:45 czasu lokalnego

/Chyba kawa wypita wczoraj zbyt późno daje się we znaki i są drobne kłopoty z ponownym zaśnięciem, ale jest za to okazja by coś niecoś napisać o wczorajszych wydarzeniach/. Plan dnia wczorajszego został zrealizowany w 100%. Ale po kolei. Nad ranem zakończony został mój proces zdjęcia szwów z drugiej interwencji, co odbyło się zgodnie z procedurą Casa. Potem nieco lżejsze śniadanie i szybsze wyjście do kliniki aby zająć miejsce w którejś z sal current. Z częścią grupki zająłem miejsce u szczytu sali drugiej/głównej/, na ławach tuż przy ścianie. Próba znalezienia miejsca na jakimś krześle lub fotelu nie powiodła się i mój kręgosłup musiał wytrzymać warunki ławy, w czym miała mu pomóc zabrana z pausady poduszka. Na tle tej sprawy nasunęły sie mi dwie refleksje. Pierwsza dotyczy sytuacji w Polsce. Generalnie wiadomo, że ok 60% ludzi /może więcej/ ma problemy z kręgosłupem, w tym także coraz więcej ludzi młodych. Jednocześnie jednak trudno ze świecą znaleźć miejsce publiczne typu: hotel, ośrodek, restauracja, itp., w których byłyby „urządzenia” do siedzenia wykonane zgodnie z zasadami ergonomiki, uwzględniające potrzeby ludzkiego kręgosłupa. Projektowane są, a potem wykonywane najdziwniejsze „twory” do siedzenia, w których zajęcie miejsca na dłużej niż 15 minut jest ryzykowne dla naszego kręgosłupa. W tej sytuacji za parę lat odsetek ludzi z problemami kręgosłupa zwiększy się radykalnie. Zresztą, może właśnie chodzi o to by ludzie nie siedzieli zbyt wygodnie, aby zapewnić szybszy przepływ gości. Któż to wie… Druga refleksja dotyczy już sytuacji na miejscu i prowadzi do konkluzji, że czasem wyższe racje reprezentowane w tym przypadku przez entities przegrywają z racjami człowieka w sytuacji jego wmieszania się do sprawy. Próba bowiem zajęcia miejsca na wygodnym dla kręgosłupa fotelu czy krześle skończyła się niepowodzeniem, bo człowiek zadecydował, że takie miejsca będą inaczej wykorzystywane. Pozostaje zatem wierzyć, że entities – mimo wszystko – w ostatecznym rachunku, wygrają. Może nie jest to sprawa kluczowa, ale chodzi o to, że dotyczy ona pewnej ludzkiej „reguły” postępowania. Wszystkie reguły funkcjonowania stworzone przez naturę, człowiek potrafi tak skomplikować, że rodzą one same problemy /por.: wstępna część tekstu w zakładce Huna/. Czas jednak przejść do głównych spraw. Pomocnicy usadzają gości na wszystkie miejsca, starając się wykorzystać w pełni każde, ustawiając obok ław wózki z osobami, które same poruszać się nie mogą. Przed godziną ósmą operacja usadzania zakończona i rozpoczęła się medytacja prowadzona przez określone osoby z obsługi. Rozpoczyna się również sesja poranna spotkań z Medium. W trakcie trwania medytacji przez sale current przechodzą kolejki ludzi zgłoszonych w poszczególnych liniach. Kolejność wywoływania linii jest różna i jest to każdorazowo zapowiadane w sali oczekiwania w języku portugalskim i angielskim oraz niektóre w języku niemieckim i francuskim. Wszystkie osoby w kolejkach są prowadzone przez pomocników i przechodzą w ciszy przez current, dochodząc do Medium, zajmującego swoje miejsce w końcu głównej sali current. Tam Medium przekazuje swoje dyspozycje. Medytacja trwa z reguły 3-4 godziny, przez czas przechodzenia poszczególnych linii przed Medium i kończy się na znak dany przez prowadzących. W trakcie medytacji, w określonych momentach włączana jest także odpowiednia muzyka. Z zasady medytacja zaczyna się i kończy modlitwą wypowiadaną przez prowadzących i powtarzaną przez uczestników znających język portugalski. Inni kontemplują, bądź modlą się według swoich wymogów w ciszy. Tym razem medytacja zakończyła sie po trzech godzinach i piętnastu minutach. Po medytacji wszyscy przechodzą do kolejki po rytualną zupę. Jest ona wydawana bardzo sprawnie i mimo długich kolejek czas oczekiwania nie jest zbyt długi. W tak zwanym międzyczasie załatwiane są różne sprawy, najczęściej w księgarni i aptece oraz przebywanie w miejscach relaksu. Później czas porannej sesji kończy się. Udaliśmy się więc do hotelu, gdzie niebawem będzie obiad. Po obiedzie krótki odpoczynek i o godz. 14:00 rozpoczyna się popołudniowa sesja, ale piętnaście minut wcześniej zaczyna się usadzanie gości przybyłych na medytację popołudniową. Na medytację ludzie są wpuszczani do godz. 7:59 w sesji rannej i do godz. 13:59 w sesji popołudniowej. Znowu powtarza się cała procedura. Po kilku dniach pobytu grupa nie może chodzić już razem na wszystkie wyznaczone procedurą zajęcia, ponieważ poszczególne osoby mają różne wskazania Medium i chodzą na różne linie. Dla mnie, wraz z kilkoma innymi osobami przypadł w tym ostatnim dniu udział w linii rewizji, która nie była zbyt długa, ale wywołana tym razem na końcu. Było to – jak się okazało później– przedostatnie spotkanie z Medium. Tym razem dyspozycja Medium polegała na udzieleniu błogosławieństwa wraz z dotknięciem. W trakcie tego dotknięcia skonstatowałem, że ręka Medium była chłodna. Jednakże po przejściu do sali kontemplacji po spotkaniu z Medium i zajęciu miejsca poczułem silny przypływ gorąca, który trwał około trzech minut. Po następnych kilku minutach na znak prowadzącego procedura linii rewizji została zakończona. Zgodnie z zapowiedzią prowadzących pozostała już tylko jedna linia. Z uwagi na deszcz będzie to linia „baj baj”, której oficjalnie nie ma w procedurze, ponieważ prawdopodobnie Medium nie wyjdzie na zewnątrz by dać możliwość zrobić z sobą zdjęcia. Niektórzy z naszej grupy poszli do tej dodatkowej linii co trwało jednak dość długo, ponieważ dołączały do tej linii osoby kończące medytację current. Plan naszej grupy był jednak inny. Nie zrezygnowaliśmy z ostatniego zwyczajowego spotkania z Janem od Boga. Mieliśmy nadzieję, że – mimo niesprzyjającej pogody – uda nam się jednak zrobić wspólne zdjęcie. Nasze dość długie oczekiwanie, w czasie którego niektórzy już wątpili, zostało jednak nagrodzone. Joao, choć bardzo zmęczony, pojawił się i był niezwykle przyjaźnie ustosunkowany do naszej polskiej grupy /a, Polaco/, pozwalając na zrobienie z Nim wielu zdjęć. Niektórym szczęściarzom udało się nawet zrobić zdjęcia sam na sam z Joao a także uzyskać autografy. Dopiero teraz mogliśmy uznać, że nasza wspólna praca z tym niezwykłym Medium – Janem od Boga w Casa dobiegła końca. Wszyscy byliśmy bardzo szczęśliwi z powodu udanego spotkania i zrealizowania postawionych sobie celów. Jeszcze przez dwa i pół dnia możemy korzystać z gościnności Casa, ale program główny został juz zrealizowany. I tak to dobiegła godzina 4:43 i być może uda się jeszcze na trochę zasnąć.

Abadiania, 22.10.2011; 17:31 czasu lokalnego

Po obiedzie. Czas najwyższy by chociaż parę słów napisać o naszej kuchni, opartej głównie o zasady wegetariańskie. Śniadania były dość stałe. Zawsze są chrupiące lekko podłużne bułeczki, nieco podobne rodzajowo ciastem do bagietek, bardzo kruche i nożem nieostrym raczej niemożliwe do przekrojenia z powodu wałkowania się środka czyli miąższu. Do smarowania bułeczki, czasem dodatkowo chleba tostowego, masełko podobne do naszego masła typu roślinnego. Do tego zawsze jest biały okrągły serek podobny do naszego twarogowego klinka, jednak o znacznie większej spoistości i prawie braku ziarnistości właściwej naszym twarożkom. Smakiem lekko słonawym przypadł do gustu wszystkim. Do tego był gęsty zazwyczaj miód stawiany w słoiku zawsze do ciepłej wody. Zawsze też są owoce: krojony ananas, avocado i papaja oraz całe banany, podobne do tych sprowadzanych do Polski ale krótsze , proste i smaczniejsze. Śniadania uzupełniała kawa z mlekiem jeśli ktoś chciał. Taki był stały zestaw śniadaniowy , do którego wszyscy szybko przywykliśmy. Obiady i kolacje były już nieco inne ale podobne do siebie. Była to na ogół cała gama warzyw surowych, gotowanych, duszonych, pieczonych i smażonych, wszystkie podawane oddzielnie aby każdy mógł komponować danie według własnego uznania. Stałe były na ogół: gotowany lub zapiekany ryż oraz ziemniaki gotowane, duszone, puree lub pieczone oraz topinambur. Puree czasem miało konsystencję masła roślinnego i choć w domu takiego czegoś nie jadałem tu okazało się całkiem smaczne. Często też bywa makaron gotowany oraz zapiekany/z marchewką o bardzo dobrym smaku, może nawet lepszym niż nasza/. Stałym też daniem bywa fasola gotowana i chyba podduszana bo wyglądała jak w sosie własnym. Ponadto zawsze jest jakieś warzywo duszone podobne wyglądem i kolorem do naszego pora i selera naciowego. Na surowo zawsze bywają różne sałaty, pomidory i ogórki krojone w plastry oraz czasem rzodkiewka. Pod dostatkiem było rukoli, szczawiu oraz gotowanych buraczków. Do szczególnych rarytasów należały kulki z zapiekanego ryżu i pieczone ziemniaki w ćwiartkach oraz z rzadka podawane plastry bakłażana i innego jakiegoś podobnego warzywa smażone w cieście. Osoby preferujące mięso miały do dyspozycji mieloną wołowinkę i potrawkę z kurczaka lub kurczaki pieczone. Sympatyczny gospodarz zapraszając na posiłki używał znanego nam wyrażenia „mniam mniam” co było oznaką, że podawane produkty będą smakowały nam. Nigdy niczego nie zabrakło a zawsze zostawało.

Abadiania, 24.10.2011; 10:50 czasu lokalnego

Za cztery godziny start do Kraju. Szybko upłynęły dwa tygodnie i pora wracać do swoich stałych spraw. Czas spędzony w Brazylii uważać jednak będę za okres niezwykle ciekawych i korzystnych doświadczeń zarówno z punktu widzenia terapii energetycznych jak też ze względu na możliwość przyjrzenia się miejscowym zwyczajom i obyczajom jak również krajobrazom. Jeszcze tylko przejście do Casa i spojrzenie na wszystkie obiekty kliniki, pooddychanie energiami tego świętego miejsca, pożegnanie sie z poznanymi tu osobami z innych stron świata oraz pożegnanie z personelem obsługi terapii. Ale zanim to nastąpi trzeba w kilku słowach opisać ciekawą wczorajszą wycieczkę do Pirenopolis, małego miasteczka w odległości ok 100 km od Abadianii, które jest typowym dla tutejszych stron obiektem turystycznych wypadów. Do ostatniej chwili wyjazd ten stał pod znakiem zapytania ze względu na pogodę. Ponieważ wycieczka w większości czasu miała być wędrówką po terenie, więc deszcz byłby przeszkodą nie do pokonania. Mieliśmy jednak szczęście i o godzinie dziewiątej wystartowaliśmy na podbój brazylijskiej przyrody. Droga była dobra choć kręta i biegnąca przez pagórki i doliny. Krajobraz , tak jak na drodze do Brasilii, bardzo ciekawy, miejscami niemal bajkowy. Po drodze minęliśmy trzy małe miasteczka, położone wzdłuż drogi, z licznymi pousadami i niewielkimi lokalikami. Pirenopolis, dość stare miasteczko, liczące ok. 20.000 mieszkańców, swą drugą młodość zawdzięcza budowie od podstaw stolicy, bowiem wówczas niezbędne były ogromne ilości materiałów skalnych i w roku 1960 wznowiono tam i uruchomiono wiele kopalni, zakładów wydobywczych, kamieniołomów, zajmujących się produkcją niezbędnych materiałów. Położone jest wśród gór łańcucha Pireneus. Główne atrakcje turystyczne Pirenopolis to okoliczne wodospady, rezerwaty przyrody , Park Narodowy, zabytkowa architektura mieszkaniowo-usługowa, stare zabytkowe kościoły. Ciekawą atrakcją jest ryneczek z handlem licznymi pamiątkami i zabytkowe uliczki z mnóstwem sklepików oferujących zarówno przeróżne rękodzielnicze wyroby pamiątkarskie, w tym wytwory sztuki jak i odzież i wyroby codziennego użytku.

Na uwagę zasługują uliczki, brukowane skalnymi kamieniami, ponoć jeszcze przez niewolników i ciekawe niewysokie domki poprzylepiane do siebie jakby miały się nawzajem podtrzymywać. Wizytę w Pirenopolis rozpoczęliśmy od przypadkowego udziału w sesji zdjęciowej lokalnych nowożeńców całujących się na ławce przy jednym z kościółków. Do dwójki miejscowych fotografów dołączyła nasza grupa z całym swoim sprzętem, co wywołało zrozumiałą sensację, której towarzyszyło pojawienie się policji majestatycznie przejeżdżającej obok widowiska. Wkrótce pozostawiliśmy nowożeńców swojemu losowi i udaliśmy sie do Muzeum drewnianych ołtarzy i zabytkowego wyposażenia kościelnego, do którego dotarliśmy przejeżdżając drewnianym mostkiem o jednostronnym , przemiennym ruchu. Potem ruszyliśmy do Parku Narodowego, do którego prowadzi kręta, gruntowa i wąska droga, biegnąca w górzystym terenie, na której samochody mogły mijać sie tylko w niektórych, nieco poszerzonych miejscach. Początek Parku zwiastował obiekt gastronomiczny, który za sprawą swego właściciela pełnił także rolę punktu informacyjnego. Rozpoczęliśmy wędrówkę po parku wąską dróżką z drewnianymi schodkami i chodnikami, prowadzącymi w gęstym lesie wśród drzew, lian , krzewów i innej tropikalnej roślinności. Ciekawą trasę spacerową uzupełniły dwa wodospady, powstałe na górskiej rzeczce wijącej się wśród wielkich głazów skalnych. Rolę naszego przewodnika po Parku pełnił stateczny jamnik gospodarza, który czujnie obserwował obie strony chodników, licząc na jakąś zdobycz. Wędrówkę zakończyliśmy wspaniałym i obfitym posiłkiem przygotowanym przez interesującego gospodarza, osobiście nadzorującego zarówno przygotowywanie jak i serwowanie obiadu złożonego z bardzo wyszukanych produktów, sosów , dżemów, pierogów, sera, wołowiny, chleba, soków i na koniec babeczek bananowych z kawą. Po tym smakowitym obiedzie, pożegnaliśmy gościnnego gospodarza i pojechaliśmy nad jeden z licznych w tym rejonie wodospadów o nazwie Sina Meho. Pobyt nad wodospadem dostarczył kolejnych niepospolitych wrażeń jakich może dostarczać tylko naturalne piękno przyrody. Podziw dla tych uroków natury uzupełniał wielki szacunek dla licznych mrówek dźwigających do góry po pionowych skałach wielokrotnie cięższe od nich fragmenty liści. Inny gatunek drobnych mrówek nie był tak przyjazny i trochę podgryzał chodzących po skałach członków naszej grupy co mocniej ujawniło się dopiero w podróży powrotnej do Kraju. Po kilku godzinach pobytu nad wodospadem, wiszącym mostem wróciliśmy do samochodu kończąc tym samym bardzo interesującą wycieczkę.

26.10.2011; 0:20 czasu polskiego. Już w domu.

Zanim jednak dotarłem, trzeba było jeszcze odbyć długa drogę. Ostatni dzień pobytu w Abadianii rozpoczęliśmy przymiarką do pakowania i – jak zwykle – śniadaniem. Śniadanie nie odbiegło od dotychczasowego standardu. Po śniadaniu ostatnie – w czasie tego pobytu – odwiedziny w Casa, zostawienie próśb o pomyślność i zdrowie dla rodziny w trójkącie modlitwy, jeszcze jakieś drobne, uzupełniające zakupy i poważna próba pakowania bagażu. Duży bagaż nie może przekraczać 23kg, podręczny 6 kg. Jak by jednak nie pakować limit obu bagaży jest wyraźnie przekroczony. Można to ustalić dzięki turystycznej wadze jaką miał nasz organizator i opiekun. Trzeba zmniejszyć przekroczenie, w jedyny możliwy sposób, czyli poprzez pozostawienie jakichś swoich najstarszych i najbardziej zniszczonych rzeczy, bądź które można kupić w Polsce za niewielką kwotę. Ja dla przykładu zostawiłem stare ręczniki i koszulki, szklankę z łyżeczką i parę innych drobiazgów przez co udało się zmniejszyć bagaż o 7 kg. Uzupełniającym sposobem zmniejszenia bagażu głównego jest przerzucenie niektórych rzeczy do bagażu podręcznego. W sumie jednak i tak przekroczenie było w dużym o trzy kilogramy i w podręcznym o 4 kilogramy.

O 13:00 czasu lokalnego obiad a po obiedzie już całkiem końcowe zajęcia /a niektórzy zdecydowali się jeszcze na pobyt pod wodospadem/.

Bus z przyczepą na bagaże podstawiono o godz. 15:00, a odjazd wyznaczony został na godz. 15:30. Zdanie kluczy od pokoi, pożegnalne zdjęcia z gospodarzami i odjazd na lotnisko w Brasilii, skąd mamy lot do Rio de Janeiro i dopiero stamtąd do Londynu. Podróż trwała ok. półtorej godziny /mimo obciążenia przyczepą bagażową jechaliśmy ze średnią szybkością 110km/godz. Na lotnisku miła niespodzianka – bagaże lecą bezpośrednio do Warszawy, co uwalnia nas od niepokoju o przekroczenie jego wagi. Odlot do Rio mamy o 19:26 czasu lokalnego, więc długo nie czekamy. Tu żegnamy jednego z członków grupy , który zostaje w Brazylii aby realizować dalej jakiś własny program. W Rio kilka godzin oczekiwania i o 1:35 start do Londynu. Tu pożegnaliśmy kolejną uczestniczkę wyprawy, która leciała do USA, bo tam mieszka. Lot do Londynu trwał 15,5 godziny i w większej części przespaliśmy, niektórzy nawet na „miejscach leżących” ponieważ samolot był zapełniony jedynie w połowie. W Londynie znowu przeprowadzka z terminalu 1 na terminal 5 i start do Warszawy o godz. 19,05 /faktycznie o 19:40/. Tu pożegnaliśmy kolejne dwie osoby, które do Polski leciały przez Berlin , skąd mają bliżej do domu niż z Warszawy. Do Warszawy została nas siódemka, bo w Londynie został jeszcze najmłodszy członek naszej wyprawy, gdzie pracuje.

W Warszawie wylądowaliśmy o czasie i tu pożegnanie przy odbiorze bagaży. Po niektórych przyjechali bliscy, inni zostali jeszcze w hotelu, inni do domów w Warszawie i pod Warszawą a ja miałem autobus z lotniska o 0:30 i do domu dotarłem na godzinę 4:00. I tu z jednej strony radość, że się wróciło „na swoje śmiecie”, ale z drugiej strony żal, że trzeba było rozstać się z nowymi przyjaciółmi. Taka ambiwalencja uczuć potrwa zapewne kilka dni i wszystko wróci do normy. Jak zawsze.

Pozostaną miłe wspomnienia, korzyści z pozałatwianych spraw i kilka tysięcy zdjęć do oglądania i pokazywania innym; i ta relacja.

Zobacz galerię zdjęć z Brazyli